Drodzy Parafianie i Czytelnicy. Na świąteczny czas, kolejny tekst Brygidy Loski. Jest to opowieść w formie felietonu, w którym zapisano osobiste przeżycia. Zapraszam do lektury.
Wyobraź sobie małą miejscowość Hołdunów na Śląsku, początek lat 60. XX wieku. Tam urodziłam się w typowo ewangelickiej rodzinie, gdzie każdy znał każdego – jeśli nie znałam kogoś osobiście, to moi rodzice znali go na pewno.
Hołdunów miał swoją ciekawostkę: założyli go ewangeliccy przesiedleńcy z małopolskich Kóz. Brzmi dumnie, prawda? A jednak w moim dzieciństwie ewangelików było tam ledwie garstka. Od małego wołano na mnie „kozianka” – niby od nazwy wsi, ale dzieci przeinaczały to na obraźliwe, zwierzęce szyderstwo. Śpiewały: „Na pośrodku Hołdunowa wisi część ciała… kozianowa…”. Bolało, choć wtedy nie rozumiałam, skąd to się wzięło.
Moja duża rodzina – rodzice, dziadkowie, ciocie, wujowie – i parafia z księdzem Baumanem oraz jego żoną Wandą wspierały mnie w luterańskiej wierze. Byłam jedyną niekatoliczką w klasie. Koledzy nie pojmowali, czemu zamiast z nimi na religię do probostwa, idę gdzie indziej. Raz poskarżyli się księdzu – ten kazał zabrać mój tornister. Płakałam rzewnie, aż tata poszedł porozmawiać. Od tamtej pory dali mi spokój.
Dystans rówieśników czuję do dziś. Na szczęście dobre oceny sprawiły, że niektóre matki przymykały oko na nasze przyjaźnie.
Szkoła średnia i pierwsze miłości
W liceum, 9 km autobusem od domu było inaczej – nikt nie pytał o kościół. Gdy wyznałam nowej koleżance, że nie jestem katoliczką, serce mi waliło. Lubiłam ją i bałam się odrzucenia.
Mój przyszły mąż – wtedy katolik – proponował pierwszą randkę na religii w probostwie. Jako działacz parafialny nie widział w tym problemu. Powiedziałam „nie” i tyle. Byłam dumna ze swojej wiary, ale nauczona doświadczeniem, ukrywałam ją przed innymi.
Pewne przyjęcie na 18. urodziny przyjaciółki utrwaliło mi to na zawsze. Chłopak okazywał zainteresowanie, aż kumpel szepnął mu coś na ucho. Nagle zaczął się żegnać – podawał rękę wszystkim, tylko mnie nie. Patrząc w oczy, powtórzył: „Rozumiesz?”. Rozumiałam aż za dobrze.
Tajemnice i mity
Zastanawiał mnie sposób wchodzenia do kościoła. Do 24. roku życia, od urodzenia – aż do wybudowania nowego kościoła ewangelickiego w 1986 roku – chodziłam na nabożeństwa do naszej salki modlitewnej (kaplicy). Nasz dawny, piękny neogotycki kościół formalnie przekazano parafii katolickiej, która powstała po wojnie. Szkody górnicze zrobiły swoje – doprowadziły go do ruiny, a opieszałość ówczesnej administracji państwowej przypieczętowała wyrok. Budynek rozebrano. My, ewangelicy hołdunowscy, spotykaliśmy się odtąd w starym budynku mieszkalnym przy ulicy Mysłowickiej – dumnie nazwanym przez nas kaplicą czy salą modlitewną. Dla mnie to był nasz kościół, gdzie odbywały się wszystkie ważne wydarzenia: śluby, konfirmacje, chrzty.
Pamiętam chrzest w rodzinie mieszanej: ewangelicka mama, katolicki tata, chrzestna katoliczka. Goście z ich strony omijali próg – szeroki na ponad 20 cm. Chrzestna z dzieckiem na ręku próbowała przeskoczyć. Spytałam dlaczego. Starszy ktoś przypomniał: katolicy wierzyli, że ewangelicy wkładamy obrazek Matki Boskiej pod próg, by go deptać. Stąd ten strach. Mój wujek otrzepywał buty, a przechodnie mogli to źle zinterpretować.
Ciocia mawiała: „W potrzebie pierwsi pomogą z kościoła”. Tak było – pani Michalik była jak rodzina, zawsze gotowa wspierać „naszego człowieka”.
Miłość mimo wszystko
Poznaliśmy się z mężem w przedszkolu, parą byliśmy w liceum. Ludzie komentowali: w sklepie słyszano szyderstwa z teściowej, że syn „chodzi z ewangeliczką”. Ona odparła: „Lepiej z nią niż z butelką”. Przed ślubem podchodzono do mnie z pytaniami, obelgami. Raz ktoś wybił okno u rodziców.
Rodzina męża? Nieobecność teściów na weselu mówi sama za siebie. Ale moja rodzina nas wspierała.
Dziecięce szykany w pracy
Pracując w szkolnej bibliotece, dzieci wciskały głowy w okienko i miauczały – wołając „kocik”, bo niekatoliczka kojarzyła im się ze Świadkami Jehowy. Prostackie, ale raniące.
Historia reformacji uratowała mnie na egzaminie. Los: reformacja. Profesor kazała losować znów – odmówiłam. Cel lekcji? Tolerancja religijna. Zachwyciła się.
Tolerancja, której wokół mnie brakowało.
Echo w sieci
Nadeszły czasy Facebooka, a wraz z nimi wpisy, które potrafią zaboleć. Szczególnie trudno czyta się zdania sugerujące, że wiara ma decydować o tym, kto jest „prawdziwym” Polakiem.
Boli mnie to tym bardziej, jeśli takie słowa pisze ktoś, kto mnie zna. Nie rozumiem, dlaczego wciąż trzeba przypominać, że my – niekatolicy, ewangelicy – nie jesteśmy ludźmi gorszej kategorii. A jednak właśnie tak czasem byłam i bywam traktowana.
Brygida Loska








Dodaj komentarz