Warszawiak czy gdańszczanin może podziwiać zachody słońca, ale nigdy w pełni nie poczuje ciężaru śląskiego wieczoru. To ten moment, gdy zegar nieubłaganie odlicza minuty do „nocki”. W naszym domu nocna szychta nigdy nie stała się rutyną – jest jak nieproszony gość, który wymusza szept i zmienia rytm oddechu całej rodziny. Wracałam ze szkoły w ciszę, która gęstniała w każdym kącie, bo tata musiał odespać dzień. Najpiękniejsze były chwile po obiedzie, gdy siadaliśmy razem, by po prostu pogadać. Ale nawet wtedy czuło się to napięcie. Widziałam, jak ukradkiem zerka na zegarek. Ile jeszcze? Godzina? Pół?
Zaczarowana godzina dwudziesta pierwsza
Dla nas czas zatrzymuje się o 21:00. Nieważne, czy za oknem hula wiatr, czy tnie lodowaty deszcz – to jest godzina wyjścia. Pamiętam z dzieciństwa to dziecięce, naiwne pytanie: „Tato, połóż się koło mnie…”. Nie mogłam pojąć, dlaczego kopalnia zawsze wygrywa ze mną walkę o jego obecność.
Wspólna kolacja o 19:00 to nasz święty rytuał. Przeciągamy ją w nieskończoność, celebrując każdą sekundę. Mama, choć zmęczona, zakłada maskę wesołości. Opowiada anegdoty, uśmiecha się, byle tylko zagłuszyć niepokój, który tli się w jej sercu. Czy tym razem wróci? Czy wyjedzie spod ziemi o własnych siłach? Każda szychta to rzut kością o życie, o czym przypominają nam wieści o kolegach, którzy „zostali na dole”. Kiedy tata wychodzi, jestem gotowa do snu, ale zawsze czekam do samej dziewiątej, by otworzyć mu drzwi. To mój obowiązek i przywilej. W uszach brzmią mi wtedy słowa górniczej pieśni: „…żona mu chleb szykuje, córka drzwi otwiera”.
Pięćset metrów pod światem
Tam, gdzie kończy się mój wzrok, zaczyna się świat, który znam tylko z opowieści taty, wujków i sąsiadów. To kraina ludzkiego potu i ciemności, która zdaje się mieć własne życie. Północ. Szyld „Ziemowit” lśni w mroku. Tata idzie do łaźni, przywdziewa swój roboczy pancerz: hełm, lampę, maskę przeciwgazową. I najważniejszy ekwipunek: nadzieję.
Zjazd 500 metrów pod ziemię odbywa się w skupieniu. Nikt nie żartuje. Wszyscy – wierzący i nie – rzucają ciche „Szczęść Boże”. To pozdrowienie na dole waży więcej niż na powierzchni. Potem pociąg, ciasne wagony, milczenie. Jeśli ktoś spróbuje rzucić żartem, echo odbija go głucho – tutaj dowcipy tracą swoją moc. Górnicy sprawdzają kieszenie, dotykając zawiniętego w papier chleba. To ich jedyny łącznik z domem, zapachem kuchni i ciepłem pościeli.
Twarde dłonie, miękki gest
Na ścianie kopalni technika często przegrywa z naturą. Wtedy zostają tylko mięśnie. Widziałam plecy mojego ojca – posiniaczone, zniszczone, smarowane przez mamę maściami po każdej ciężkiej dniówce. Praca po kolana w wodzie, w wiecznym skłonie, bez czasu na posiłek. Często tata przynosił kanapki z powrotem. Mówił, że „nie było, kiedy zjeść”.
Jego ręce po trzydziestu latach pracy stały się twarde i szorstkie jak skała, którą kruszył. Ale te same dłonie potrafią być niewiarygodnie delikatne, gdy głaszczą mnie po głowie. To nimi tata codziennie składa się do modlitwy. Nigdy nie widziałam, by położył się spać, nie uklęknąwszy wcześniej przed Bogiem.
Wiara hartowana w węglu
Tata wyrósł w ewangelickiej tradycji parafii w Hołdunowie. To tam nauczył się pokory i siły, którą dziś rzadko się spotyka. Nauczył mnie modlitwy, która jest dla nas jak tarcza:
„O Jezu, obrono moja, ja idę do swego pokoju, położę się do swego łóżka, zamknij drzwi moje…”
Jego wiara to nie tylko słowa, to czyny. Zawsze pierwszy do pomocy w parafii, zawsze gotowy do pracy przy naprawach czy porządkach. To on jest naszym kompasem, a my, jego córki, staramy się nie zgubić wydeptanej przez niego ścieżki.
Dwa małżeństwa mojego ojca
Kopalnia „Ziemowit” zabrała mu wiele – zdrowie, siły, a nawet gęstą czuprynę, którą starły lata noszenia górniczego hełmu. Kiedy wyjeżdżają na powierzchnię, czarni od pyłu, ze strugami potu na twarzach, ich zgarbione sylwetki mówią wszystko. Czasem na tych brudnych policzkach widać ślady łez. To momenty, gdy śmierć przeszła zbyt blisko. Gdy ktoś inny nie oddał swojego znaczka w lampowni.
A jednak, gdy tylko odpoczną, wracają. Kto raz pokochał ten trud, ten zostaje. Mój ojciec mawia żartem, że ożenił się dwa razy: pierwszy raz z kopalnią, a drugi z mamą. Obu jest wierny do końca. I choć kopalnia jest zazdrosną i surową wybranką, tata nigdy jej nie opuści, dopóki starczy mu sił, by po raz kolejny zjechać w dół i mrużyć oczy na słońcu przy wyjeździe.
Brygida Loska










Dodaj komentarz