W tym roku mija 43 lata, odkąd w Hołdunowie wbito pierwsze łopaty pod budowę murowanej świątyni. To historia o wspólnocie, która nie pozwoliła odebrać sobie tożsamości – nawet gdy ich stary kościół zamieniał się w gruz, a dzwony trzeba było wywozić pod osłoną nocy.
Pod stopami chłopców
Dla małego Ernesta, urodzonego w 1936 roku na kolonii Piast, kościół ewangelicki pod wezwaniem Świętej Trójcy był centrum świata. Pamięta go jako miejsce pełne dziecięcej ciekawości, ale i surowej powojennej rzeczywistości. Razem z kolegami, Ernestem i Willim Czaudernami, wchodził na wieżę, by dzwonić podczas pochówków niemieckich jeńców, którzy zmarli z wycieńczenia w okolicznej kopalni.
W pamięci utkwiły mu też stare organy. Aby wydobyć z nich jakikolwiek dźwięk, trzech chłopców musiało jednocześnie naciskać na pedały. „Ciężka to była robota” – wspomina po latach Ernest Centner. Wtedy jeszcze nie wiedział, że największy trud – ten przy budowie nowej świątyni – jest dopiero przed nim.
Wykuwanie pamięci
Rok 1945 przyniósł nakaz zatarcia wszystkiego, co „poniemieckie”. Sceny te przypominały walkę z kamieniem i czasem. Pan Hans Hoinkis otrzymał zaledwie 24 godziny na wykucie napisu „Kommt alle zu mir” („Przyjdźcie do mnie wszyscy”) znad drzwi kościoła. Pracował cały dzień, zdzierając skórę z dłoni, a zdołał usunąć jedynie dwie litery. W tym samym czasie inny parafianin, pan Matuszczyk, zamalowywał farbą niemieckie nazwiska na cmentarnych nagrobkach. Ślady tej „walki z pamięcią” do dziś można dostrzec na krzyżu przy cmentarnej kaplicy.
Przez kolejne dekady hołdunowscy ewangelicy byli „parafią w poczekalni”. Modlili się w małej izbie przy ulicy Mysłowickiej, podczas gdy ich stary kościół niszczał przez szkody górnicze, aż w końcu zapadła decyzja o rozbiórce.
Bitwa o dzwony
Najbardziej dramatyczne chwile rozegrały się, gdy firma rozbiórkowa przygotowała pięć parafialnych dzwonów do wywozu. Wilhelm Michalik, dowiedziawszy się o tym przypadkiem, natychmiast zwołał grupę mężczyzn. Na placu budowy doszło do szarpaniny i nerwowych pyskówek z brygadą rozbiórkową.
- Stawką było dziedzictwo parafii.
- Horst Centner wraz z panem Michalikiem ruszyli motorem do Zabrza, by od pastora Hauptmana zdobyć zaświadczenie, że dzwony są własnością Hołdunowa.
- Papier wystarczył, by zatrzymać transport, ale strach przed konfiskatą pozostał.
Zdecydowano się na ryzykowny krok: ukrycie dzwonów. Trzy trafiły do rodziny Heczko, a dwa – po krótkim pobycie u innych rodzin – spoczęły pod słomą w gospodarstwie siostry pana Ernesta. „Do dzisiaj wspomina moja córka, jak ją tam prowadziłem i odkrywając słomę, z łzą w oku pokazywałem jej rąbek historii naszej parafii” – pisze autor wspomnień.
Pierwsza łopata
W 1983 roku, po latach starań księdza Baumana, nadeszła upragniona zgoda na budowę. W tym samym roku parafianie, żyjący w ciągłym lęku przed zmianą urzędniczych decyzji, nie czekali na ciężki sprzęt. Gdy tylko geodeta wytyczył granice, rzucili się do pracy z łopatami przyniesionymi z domów. Pomagali wszyscy: wierni z Szopienic i Mysłowic, a nawet katolicki proboszcz ks. Józef Przybyła, który przechodząc obok, za każdym razem pozdrawiał Szczęść Boże i w krótkiej rozmowie dodawał budowniczym otuchy.
– Pewnego razu do grupy parafian, którzy rozmawiali w trakcie przerwy w pracach budowlanych naszego kościoła, podszedł mój brat. Rozmowa była bardzo wesoła, a wyróżniała się szczególnie w jej trakcie osoba, której nie potrafił rozpoznać. Po chwili zapytał mnie, z której parafii przyjechał ten nowy człowiek? Wytłumaczyłem mu, że to katolicki farorz. Przeprosił go potem, że go nie rozpoznał i wszyscy się z tego śmiali. Faktycznie nie było to łatwe, ponieważ tak jak każdy z nas był w berecie z antenką i ubraniu roboczym. – wspomina Horst Centner, brat Ernesta, wujek Brygidy.
Budowa trwała trzy lata. Panowie Mańka i Niemiec niemal zamieszkali na placu budowy, rezygnując z życia prywatnego. Mimo słabej sytuacji materialnej pastor Bauman powtarzał: „Nie martwcie się, Pan Bóg nam pomoże”. I pomógł.
Powrót do domu
Nowy kościół stanął niemal dokładnie tam, gdzie stary. Pierwszym chrztem w jego murach był chrzest wnuczki pana Ernesta, Pauliny. Dziś jeden z uratowanych dzwonów dumnie służy parafii, przypominając o determinacji mieszkańców Hołdunowa.
Ernest Centner, choć wyprowadził się stąd w 1988 roku, wciąż powtarza: „Tu czuję się u siebie, ten kościół jest też mój”. Po 40 latach te mury to nie tylko cegły, ale świadectwo serca zostawionego na placu budowy.
Opracowano na podstawie wspomnień Ernesta Centnera (październik 2006).
Wspomnienia spisała Brygida Loska, redakcja tekstu: Damian Kostyra











Dodaj komentarz